niedziela, 24 sierpnia 2014
Dzień szósty - Wąwóz Homole
2014-08-23
Na sobotę zaplanowaliśmy powrót do domu, bo dziś, gdy piszę te słowa, czyli w niedzielę, miało w tamtych rejonach znów padać. Sobotni ranek przeznaczyliśmy na zwijanie obozowiska, co jest niezbyt miłą koniecznością pobytu pod namiotem, przynajmniej dla mnie.
Zapakowani ruszyliśmy znów w stronę Szczawnicy, której niestety zbyt dobrze nie poznaliśmy podczas tegorocznego pobytu w Pieninach. Z okiem samochodu prezentuje się bardzo porządnie, czysto, dużo kwiatów i dużo...ludzi. Minęliśmy miasteczko i pojechaliśmy w stronę Jaworek. W wąwozie Homole niestety też dużo ludzi, co mi osobiście dosyć przeszkadzało, ale cóż, taka pora... Jest to trasa nawet dla bardzo niewprawionych turystów, z metalowymi mostkami nad potokiem, ale sam wąwóz ciekawy, wart zobaczenia. Nasze córki gnały do przodu jak szalone :)
Dzień piąty - Sokolica
2014-08-22
Nasza najmłodsza córka po zdobyciu Wielkiej Kaśki na Trzech Koronach bardzo chciała powtórzyć swój wyczyn i znów wybrać się na górską wyprawę. Piątek zapowiadał się ładny, więc zaplanowaliśmy wycieczkę na Sokolicę - popularny wśród turystów szczyt w okolicach Szczawnicy. Pojechaliśmy samochodem do Szczawnicy i stamtąd przeszliśmy kawałek wzdłuż Dunajca niebieskim szlakiem aż do przeprawy łodzią przez rzekę. Amatorów wycieczki na Sokolicę było sporo, więc na flisaka przewożącego turystów czekała całkiem długa kolejka. Udało się za drugim podejściem przeprawić się przez Dunajec, a potem w górę, od razu dość ostro pod górę. Nasza Karola oczywiście miała kryzys na początku, ale nauczeni doświadczeniem, nie zrażaliśmy się tym i wolno, krok za krokiem szliśmy w stronę szczytu.
Pod szczytem znów trzeba było kupić bilet (na Trzech Koronach też), co jest samo w sobie ciekawe, tak jak byśmy kupowali bilet do kina, żeby podziwiać piękne widoki. Ale cóż, chyba lepiej kupować bilet wstępu na samej górze niż na początku szlaku, tak jak to jest zorganizowane w Tatrach. Takie jest przynajmniej moje zdanie.
Z Sokolicy zdecydowaliśmy się pójść szlakiem zielonym w stronę Krościenka. Córki zgodnie orzekły, że mają ochotę na obiad i czas wracać, więc wejście na Czertezik zostawiliśmy sobie na inną okazję. Ciekawe czy taka jeszcze będzie...
Długa droga w dół do Krościenka nie była miła, bo stromo i strasznie ślisko. Ciężko było nie leżeć. Jakoś się udało dotrzeć do miasteczka i potem busikiem do Szczawnicy na obiad, a konkretnie na zupę pomidorową, której nie było w barze w Krościenku.
Dzień czwarty - deszcz ;(
2014-08-21
Podobno pogoda w tym roku była do tej pory mocno deszczowa, więc lokalnych górali nie dziwił mocny deszcz, który rozpadał się w czwartek. Wykorzystaliśmy go więc na zażywanie kąpieli w basenach termalnych. Najpierw wybraliśmy się do Białki Tatrzańskiej, ale było bardzo dużo ludzi, kolejka na 2 godziny, więc ostatecznie wylądowaliśmy w Szaflarach. Dwie i pół godziny zabawy i masaży wodnych dobrze wszystkim zrobiło. W termach deszcz w górach wcale nie taki straszny :)))
Dzień trzeci - zamki prawie jak nad Loarą:)
2014-08-20 Dziś kolejny, dobry dzień, spędzony w nieoczekiwany sposób. Pierwotnie planowaliśmy krótki pobyt w Niedzicy i objechanie kilku ciekawych miejsc na Spiszu, bo pogoda miała być mocno deszczowa. Ale jak to z prognozami bywa, deszczu nie było, a nawet w środku dnia pokazało się słońce.
Zatrzymaliśmy się w Niedzicy, w pobliżu zamku. Przedtem czytaliśmy legendę o skarbie Inków, którego ślady prowadzą do tego miejsca. Dziewczynki szukały skarbu w zamku, ale nigdzie nie było śladu na ten temat. Zamek okazał się ciekawy sam w sobie, z pięknym widokiem na zaporę w Czorsztynie. Minus jaki zauważam, to stosunkowo dużo ludzi. Wyglądało na to, że nie tylko my wpadliśmy na ten pomysł przeczekania deszczu. Tymczasem się wypogadzało, więc po zwiedzaniu zamku i oddalonej od zamku wozowni, ruszyliśmy w stronę przystani nad zalewem. Nie zastanawialiśmy się długo i już wchodziliśmy na statek, który płynął do zamku po drugiej stronie jeziora – w Czorsztynie.
Na statku okazało się, że dowodził nim kapitan żeglugi wielkiej mieszkający na Ursynowie, który w czasie wakacji tutaj pracował na zastępstwo (na statku Dunajec). Zamek w Czorsztynie mile nas zaskoczył. Najpierw podejście, całkiem strome i dość śliskie. Pan łucznik w stroju z epoki organizował strzelanie z łuku do tarczy przed zamkową bramą. Dziewczyny w powrotnej drodze skorzystały z tej atrakcji, a Kasia miała nawet sukcesy strzelnicze, które z pewnością zapadną jej na długo w pamięć. Zamek w Czorsztynie miał piękną panoramę z tarasu widokowego i udostępnianą do zwiedzania ciekawą basztę.
W powrotnej drodze przy przystani posililiśmy się nieco podziwiając zamek z inne strony. Potem znów na statek i na parking. Nie poszliśmy jednak prosto do samochodu, choć dzieci miały na to chęć, ale przeszliśmy kawałek w stronę zapory. I to było to. Malowniczy widok na dwa zamki po obu stronach jeziora zrekompensował wszystkie trudy przedzierania się przez zatłoczone stragany z pamiątkami. Potem jeszcze granita i wylądowaliśmy w sali kinowej pod zaporą, gdzie obejrzeliśmy film z 1997 roku pokazujący historię budowy zapory, z komentarzami księdza Tischnera w stroju flisaków. Film dość długi (45 minut), ale obejrzeliśmy z zainteresowaniem, dzieci też. Najbardziej poruszający był epilog na temat powodzi w 1997 roku.
Potem powrót na kemping i ponieważ ciągle nie padało, to jeszcze zaliczyliśmy sympatycznego grilla kolacyjnego, czyli pieczone grzanki z serem i ziołami, pieczoną paprykę, grillowane banany i pieczone jabłko.
Oczywiście jak zawsze, o tym nie napisałam wcześniej, moja osobista poranna przyjemność - msza święta w kościele w Sromowcach Niżnych, kilometr od naszego kempingu. Dla mnie piękne rozpoczęcie dnia.
Dzień drugi - Trzy Korony
2014-08-19
Drugi dzień pobytu w Pieninach i znów dobry dzień.
Początek w kościele na eucharystii - mój ulubiony początek dnia na wakacjach, szczególnie gdy jesteśmy w Polsce i jest w pobliżu kościół z poranną mszą świętą.
Piękny poranek, widok na góry, słonecznie. Potem pierwsze prawdziwe wyjście w góry, na Trzy Korony. Młodsza córka (lat 8) na początku miała kryzys, myśleliśmy, że sobie nie poradzi i będziemy musieli wrócić. Podwójny trud dla mnie, bo ją holowałam przez spory kawałek zagadując i motywując, ale ciężko było odwrócić jej uwagę od bólu nóg i wszystkiego co jej przeszkadzało. Potem kryzys minął, gdy zaczęły się na szlaku schody i ostre podejście pod górę. Karola dostała nowej energii i tak było już potem cały czas. Szczególnie dobrze jej się chodziło za rękę z tatą. Starsza córka (11 lat), bardziej zaprawiona w górach, dobrze sobie radziła całą drogę.
Widoki z Trzech Koron niezapomniane, choć zachmurzyło się, gdy staliśmy w kolejce na szczyt. Nawet pokropiło na drodze pod samym szczytem. Wchodziliśmy w podwójnym czasie, czyli zamiast 45 min szliśmy 1h i pół. Staraliśmy robić dużo przystanków, gdy Karola prosiła, aby się zatrzymać. Z powrotem tempo było już normalne.
W drodze powrotnej obowiązkowe odwiedziny schroniska i obiad. Potem niestety deszcz, więc reszta dnia spędzona w namiocie przy grze w farmera. Super się gra:)
Dzień pierwszy - obowiązkowy spływ Dunajcem
2014-08-18
Jesteśmy w pięknym miejscu w Polsce - w Pieninach. Mieszkamy na polu namiotowym w Sromowcach Niżnych w pobliżu
starorzecza Dunajca. Dziś spływaliśmy tratwą po Dunajcu do Szczawnicy.
Zapowiadał się piękny dzień, więc nie mieliśmy wątpliwości, że od tego punktu trzeba zacząć nasz pobyt tutaj. Siedząc na tratwie mogliśmy podziwiać piękne pienińskie skały. Podczas spływu wesoła atmosfera. Pan flisak opowiadał dowcipy, zadawał zagadki i cierpliwie odpowiadał na pytania. Nie płynęliśmy wcześniej Dunajcem z polskimi flisakami, więc była to nowość nie tylko dla dzieci, ale i dla nas. Dawno temu byliśmy na spływie, ale ze Słowakami, więc różne smaczki polsko-słowackie były nam nieznane.
W Szczawnicy obiad i lody i z powrotem do Sromowców na rowerach. Bardzo miła eskapada starą brukowaną drogą wzdłuż rzeki aż do Czerwonego Klasztoru.
Zaczynamy :)
W tym roku mamy za sobą nasz kolejny wyjazd pod namiot w Polskę. Poprzednie, niestety nieopisane, ciężko teraz odtworzyć. Wracamy więc do tradycji opisywania wyjazdów, aby mieć co pamiętać, tak jak to robiliśmy w przypadku wyjazdów na kempingi za granicą, gdzie zwykle mieszkaliśmy w domkach 'mobile home'.
Od kilku lat raz lub dwa razy do roku wyjeżdżamy pod namiot gdzieś w Polskę i poznajemy kempingi.
W tym roku odwiedziliśmy Pieniny i jesteśmy z tego wyjazdu bardzo zadowoleni.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)